Światło

Siadam w fotelu z filiżanką zaparzonego geranium. Jest wczesny wieczór, ale na dworze takie ciemności jakby nadchodził koniec świata. Wiatr dmucha i przeciska się nawet przez całkiem nowe okna. Jego oddech czuję na plecach. Jego wrzask nienawiści. Biorę łyk herbaty i myślę, że ten fotel to powinnam od okna odsunąć na czas zimy. Na czas ciemności duszy. Dziś, oprócz wiatru, mamy jeszcze deszcz. Krople głośno uderzają o okna. Wiem, że jeśli wyjdę na zewnątrz, to poczuję ten deszcz na sobie niczym smaganie skórzanego pasa. Niczym smaganie cienkiego kabla od starej grzałki.


Obok stolika stoi stara, drewniana komoda. Sięgam w jej kierunku i zapalam lampę. Nagle pojawia się pięć wielkich, czerwonych ważek na zielonym tle, złożonym ze szklanych kawałków. To lampa witrażowa, wykonana na podobieństwo dzieł Tiffaniego. Kolorowe szkiełka przynoszą radość. Światło daje nadzieję.


Na komodzie, oprócz lampy stoją przerośnięte rośliny w ceramicznych donicach. I jest tam coś jeszcze. Filiżanka. Dla ciebie. Wypełnij ją czym zechcesz. Usiądź przy mnie w drugim fotelu. Chę zabrać cię w podróż po światło.


Jestem miłośniczką światła, jedności i przenikania. Kiedy ktoś pyta mnie kiedy w moim życiu pojawiło się światło, odpowiadam, że chyba zawsze w nim było. Ale długo nie zdawałam sobie sprawy z jego istnienia.


Pierwszą lampę kupiłam siedem lat temu. Wybrałam się ze znajomymi na carboot sale w niedzielę wczesnym rankiem. Wypatrzyłam ją w stosie klamotów na jednym ze stoisk. Miała bazę w formie kuli i abażur, który wyglądał jak parasol. Ceramiczny dół, nieco lśniący i materiał naciągniety na metalowy stelarz, ozdobiony koronką. Wszystko w kolorystyce magnolii. Lampa pasowała do mojego pokoju, więc przyjechała ze mną do domu. Wieczorem abażur miękko rozpraszał światło żarówki.


Byłam wtedy w Anglii dopiero dwa lata. Mieszkałam w malutkim pokoiku, gdzie ledwo mieściły mi się łóżko i biurko. Za współlokatórów miałam parę z Rumunii i kobietę z Etiopii. Na dole mieszkała rodzina hinduska. To były trudne czasy. Prawie każdy zarobiony funt wysyłałam do Polski. Spłacałam długi. Szarpały mną wyrzuty sumienia. Za to, że rozwaliłam swoje życie z siłą rażenia, która przyniosła ofiary. Od kilku lat nawiedzały mnie też stany lękowe. Napady paniki. Chroniczne zmęczenie. Chciałam przeżyć tylko ten jeden dzień i wrócić do swojego pokoju. Wieczorami przesiadywałam w towarzystwie lampy, która koiła myśli. Światło pozwalało przeżyć.


Są różne rodzaje światła. Przede wszystkim istnieje światło słoneczne. Ale podczas ciemnej nocy duszy wyparłam jego istnienie. Widziałam je codziennie, ale nie brałam pod uwagę. Słońce jest silnym symbolem, i aby zaprosić ten symbol do siebie, trzeba też być silnym. Trzeba umieć wystawić się w pełnym świetle, dać się prześwietlić, nie bać się tego, że za nami jest cień. A ja byłam słaba. Chciałam się schować. Wyrażała mnie noc, wieczór, zima. I właśnie dlatego potrzebowałam delikatnego światła lampy.


Są różne rodzaje światła. Istnieje też światło świecy. Ale i do niego nie miałam przekonania. Czułam, że świeca mogłaby być moim symbolem, bo miałam starą duszę. Ale chyba miałam też coś z Edisona. Nie poddawałam się. Każdy dzień był kolejną próbą. Może kiedyś uda się ożywić wewnętrzną żarówkę. Stany lękowe trzymały mnie przez wiele godzin, przychodziły i odchodziły, pozostawiając wyczerpaną. Chciałam przeżyć tylko ten jeden dzień, wciąż odkładając na jutro swoją własną śmierć. Zawsze będzie czas, aby się zabić. Zawsze będzie czas, aby sprzedać dom w Polsce i o wszystkim zapomnieć. Przeżyję. Jeszcze jeden dzień.


Gdy tak istniałam na pograniczu życia i śmierci moimi towarzyszami zostały lampy. Parę miesięcy po zakupie pierwszej przyszły do mnie dwie kolejne. Kupiłam je w sklepie charity. Miały bazy jak greckie kolumny i abażury jak korony. Chropowata ceramika kontrastowała z delikatnym materiałem. I jeszcze do tego frędzle. Te frędzle były zabawne.


Wieczorami pokój rozświetlał się coraz bardziej. Ciekawe, że nie interesowało mnie wtedy światło główne. Umiejscowione w centralnym punkcie pokoju docierało do każdego kąta. Znowu nie chciałam pełnego światła. Porzebowałam punktowego rozświetlania ciemności.


Być może bałam się, że w pełnym świetle zobaczę wielkość swojej destrukcji. Aby zaprosić do siebie więcej światła należało najpierw posprzątać. Posprzątać swoje życie. Poukładać, odkurzyć, wyczyścić. Wybaczyć innym i sobie. Oddać to, co pożyczone. Spłacić to, co nie spłacone. Przeprosić tam gdzie trzeba. I ukochać siebie. Przede wszystkim. Zrozumieć, że przecież miałam prawo. Miałam prawo do tego, aby wszystko rozwalić. Z moją krzywdą, która była niczym dzisiejszy wrzask wiatru, z moją krzywdą, która była niczym dzisiejsze bicze deszczu, miałam prawo nawet się stoczyć.


Po kilku latach pobytu w Anglii poznałam ponad osiemdziesięcioletniego Billa. Był tak samo samotny jak ja. Jego żona umarła w domu opieki. Nie pamiętała kim był i jak się nazywał. Jego dzieci nigdy nie pojawiły się na tym świecie. Zaadoptowałam starego Billa nazywając go wujkiem. Chciałam, żeby był dziadkiem, ale powiedział, że to uczyni go bardziej starym. Ekscentryczny jak przystało na prawdziwego Anglika bujał się ze mną po okolicy mając w nosie konwenanse. Byłam dla niego jak córka. Tak mówił. Był ciekawszy niż moi znajomi, którzy szybko zrobili z niego sugar daddy. Starszy człowiek jest jak dziecko. I to jest w nim bezpieczne. Dlaczego ludzie nie rozumieją, że w życiu najważniejsze są emocje?


Bill dał mi kilka swoich lamp. Powiedział, żebym brała co się da, bo jak umrze to i tak wszystko pójdzie na śmietnik, albo do charity. Dostałam dwie eleganckie lampy z miedzianą podstawą i owalnym abażurem. Dostałam pięćdziesięcioletnią lampę z ciężką onyksową bazą, zakupioną w Haroldsie. I małą lampkę z migającym światełkiem. Dostawałam lampy. Ale przede wszystkim dostawałam światło. Ten stary człowiek roświetlił mi życie na emigracji. To była wymiana energii.


Mineło kilka lat, a ja posprzątałam swoje życie. Już nie obawiałam się głównego światła w swoim pokoju. Przeszłość została wyczyszczona. Ustały stany lękowe, ataki paniki i chronicznego zmęczenia. Wewnętrzna żarówka rozbłysła i bardzo chciała świecić. Ale wtedy stała się też rzecz dziwna. Po szczęśliwych zakończeniach możemy żyć długo i szczęśliwie. Albo dostawać nowe poprzeczki. Nowe lekcje i egzaminy. Gdy rozbłysła wewnętrzna żarówka okazało się, że jest we mnie też ciemna studnia. I wtedy coś mnie zapytało... Chcesz żyć długo i szczęśliwie? Czy może chcesz wejść w tę studnię i odkryć coś jeszcze?


Nie lubię szczęśliwych zakończeń. Są nienaturalne i jest w nich kłamstwo. Po wysokim napięciu następuje katharsis, a my oddychamy z ulgą, bo wszystko się dobrze skończyło. Oddychamy z ulgą i zapominany o całej historii. Ale życie tak nie wyglada. Życie to koło, które się toczy. Wciąż każe nam umierać i rodzić się na nowo. Zrzucać starą skórę. Wyleczenie stanów lękowych to nie był koniec historii. To był dopiero początek prawdziwej wyprawy po światło.


Posłuchałam wewnętrznego głosu i wyjechałam na północ Anglii. Stary Bill wypuścił mnie z ramion ze smutkiem i radością. W tym roku umarł i teraz z kolei ja wypuszczałam go z ramion ze smutkiem i radością.


Dopijam herbatę z geranium i widzę, że i twoja filiżanka jest pusta. Cieszę się, że jesteś dzisiaj ze mną. Że w ten ciemny wieczór mogłam opowiadać ci moją historię. Witrażowa lampa oświetla nam przestrzeń dając radość. I przynosząc nadzieję w ten ciemny wieczór zimowy, który wyglada jak kolejna noc duszy. Jak kolejny koniec świata. Chcę ci powiedzieć, że noce duszy nie są takie straszne. Kiedy przejdziesz ich w życiu więcej niż kilka, to zaczynasz się do nich uśmiechać. Ten wiatr, który przypomina wrzask nienawiści już nie przeraża. Ten deszcz, który tnie niczym skórzany pas, niczym kabel od grzałki, już nie boli. Uśmiechasz się z miłością do przeszłości dziękując za dar doświadczenia. Wiesz, że twoje transformacje uzdrawiają nie tylko ciebie, ale i twój ród. One są potrzebne. One przynoszą światło.


Proces narodzin i śmierci nigdy się nie kończy. Teraz jest zima. A za parę miesięcy będzie znowu kwitnąca wiosna. Poddajmy się transformacji. Abyśmy nie obawiali się stanąć w pełnym słońcu. Abyśmy sami stali się światłem. Abyśmy nie potrzebowali już nawet witrażowej lampy.




Bożena Suchanek



97 views1 comment

Recent Posts

See All